21.
Był niemal środek nocy gdy Stefan z kocią zwinnością wygramolił się spod ciężkiego ciała Żdany. Fabisiak wiedział, że o tej porze obudzić kobietę może tylko płacz najmłodszej latorośli. Na szczęście mały Jasio spał słodko pochrapując w swoim łóżeczku.

Stefan pospiesznie, lecz nadal cicho, założył bokserki. Reszty garderoby porozrzucanej po pokoju nie ruszał, nie chcąc przypadkowo kogoś zbudzić. Ubrany jedynie w majtki poszedł w okolice drzwi wyjściowych. Tam, w niewielkim przedsionku zawsze znajdowały się jakieś ubrania, czy to jeszcze stare łachy Zdziśka czy też stylowe, choć ogromne gabarytowo, marynarki Kliczki, ukraiński mafioso miał bowiem zwyczaj zostawiania wierzchniego odzienia. Fabisiak znalazł znoszone ortalionowe spodnie dresowe Patewki, które oryginalnie miały zapewne kolor fioletowy. Dziś po fiolecie pozostało wspomnienie, zaś materiał nabrał wyraźnie różowawych odcieni. Oprócz tego Stefanowi trafił się także szary pulower, być może należący kiedyś do seniora rodu Kuropatwów. Pulower był wyraźnie zmechacony, w dodatku śmierdział przepoconymi skarpetami. Komplet Fabisiakowego ubioru stanowiła modna marynarka z metką Calvina Kleina. Leżałaby ona na Stefanie idealnie, gdyby był on postury Kliczki. Mężczyźni różnili się jednak wyraźnie budową ciała, więc nowy posiadacz stylowego odzienia szybko upodobnił się do stracha na wróble z książki o Czarnoksiężniku z Krainy Oz. Nie było jednak czasu na poszukiwanie lepszego przyodziewku. Stefan powoli uchylił drzwiczki pawlacza i wyjął z niego duży wojskowy plecak, którego nie chciał ze sobą zabrać Zdzisiek.

Ostatnim etapem przygotowującym Fabisiaka do wymarszu z mieszkania były odwiedziny kuchni. Dwa pętka kiełbasy, bochenek chleba, 4 średniej wielkości cebule, butelka czystej wódki, kawałek słoniny i paczka papierosów stanowiły dopełnienie plecaka. „No, to można stąd wysuwać”.

Wtem coś zaskrzypiało. Mężczyzna zamarł. Na wszelką ucieczkę lub powrót pod ciepłą pierzynę było za późno. Okna kuchni na tyle gęsto były poprzetykane stalowymi prętami, że ciężko było się przez nie przecisnąć miejscowym kotom, a co dopiero mówić o ludziach.

Stefan usłyszał kroki. Bezsprzecznie stawiała je osoba obuta w papucie, co wykluczało Żdanę, cały rok chadzającą po domostwie boso. Chwilę później ktoś pstryknął światło i zagadka się rozsupłała. Właścicielką papuci była starsza pani Kuropatwowa.

– Zdzisiu, a za co siedzisz po ciemku w kuchni?

– A głodny byłem. – Stefan postanowił nie przekonywać staruszki, że nie jest jej synem. – A że zaraz jadę na targ to wziąłem cosik na drogę, matulu.

– I wódką będziesz popijał?

– Oj nie, wódka jest dla starego Florkiewicza, co mi pomógł ostatnio wycieraczki zmienić w żuku.

– Nie dawaj mu całej flaszki! – obruszyła się Kuropatwowa. – A już ci, co mu dasz jak ci motór w maszynie padnie? Świniaka?

– To co mam, matka, mu powiedzieć „Wiesiu, golnij sobie zdrowo, po łyku za każdą wycieraczkę”?

– Daj mu słoik kiszeniaków ze spiżarki. Tydzień temu zakisiłam.

Fabisiak uśmiechnął się do siebie.

– A może mi mama je przynieść? Bo nie wiem gdzie stoją, godzinę będę szukał. Czasu mało.

– Dyć mogę, Zdzisiu. Zara przyniese.

Staruszka podreptała do spiżarni. Na ten moment czekał Fabisiak. Jednym susem doskoczył do drzwi i zamknął je od zewnątrz. Spiżarnia była tak zbudowana, że zupełnie nie było słychać co dzieje się w środku. Powodowały to jej drzwi, zbudowane z podwójnie grubej warstwy drewna tekowego, wygłuszającego wszystkie hałasy.

– No, mam nadzieję, że się tam nie przekręcisz, babciu, zanim ktoś ci otworzy. – powiedział cicho Fabisiak.

22.
W stodole należącej do zabudowań gospodarczych od jakiegoś czasu rezydowali ludzie Kliczki. Osoby te dzieliły się na dwie grupy, ochroniarzy i magików-mechaników. Pierwsi posiadali bicepsy wielokrotnie większe od ich mózgów. Z kolei drudzy z reguły mówili po rosyjsku lub ukraińsku, i bardzo nie lubili wylewać za kołnierz.

Tej nocy wartę pełniło dwóch karków. Obaj krótko ostrzyżeni, jeden z wąsem i sporym brzuszkiem, drugi, znacznie młodszy, zbudowany jak młody Bóg, jednak o twarzy z wyraźnymi pozostałościami po przebytej w dzieciństwie ospie. Fabisiak umiał tak obejść gospodarstwo, by kompletnie niezauważenie przyczaić się na rogu stodoły.

Ochroniarze dla zabicia czasu i ucieczki przed sennością grali w karty.

– Coś mi się wydaje, że będzie rąsia, Zbychu.

– A będzie, ale z twojej strony, kurna cię Olek!

– Ale co ty walisz? Skąd masz dyszkę, frajerzyno?!

– Z księżyca spadła!

– Toć właśnie widzę, że nie z rozdania…

– Dziobak, wyluzuj, kurwa twoja mać. Idź lepiej skołuj browara od Kacapów.

– Ty, ale wiesz, że jak Kliczko poczuje od nas piwsko to z miejsca wylecim z poobijanymi mazakami?

– Uch, Kliczko-sryczko… A kiedy to ostatnio wpadł tu Kliczko? Już drugi tydzień go nie widzę. Co najwyżej jego przydupas Nagniotek może się przytarabanić, a on swój chłop, farby przed szefem nie puści.

Młodszy z mężczyzn z wyraźnym ociąganiem dźwignął się z zydelka.

– No idź, idź. Tylko weź coś dobrego. Obolona na przykład. Nie przynieś czasem jakiegoś Desanta czy Jantara. Tych szczyn nie można pić.
Ochroniarz zwany Dziobakiem poczłapał w kierunku mechaników. Tymczasem jego kolega położył nogi na drugim krześle i wziął do ręki jedno z czasopism leżących na pobliskim stoliku.

– Jaka picza! – powiedział z uznaniem sam do siebie. – Choć z drugiej mańki mogłaby się ogolić.

Kilkadziesiąt sekund później Fabisiak usłyszał dźwięk rozpinanego rozporka.

– O kurwa! Wsadził jej palec w dupę!

Stefan nie miał pojęcia ile czasu zajmie starszemu z ochroniarzy zaspokojenie swojego popędu płciowego, wiedział jednak, że jest to dobra chwila by przekraść się w głąb stodoły.

Tymczasem Dziobak napotkał niespodziewane trudności w zdobyciu pożądanego przez \Zbycha alkoholu.

– Njet, u nas piwa njet. No jest spirit. Paprobuj, lux prima sort! – jeden z mechaników zachęcał do darmowej degustacji.

– Nie chcę spiritu, nie nada! Piwa daj, Kacapie jeden.

– Piwa njet. Piwo w knajpu. U nas jest spirit. Haroszyj, zimnyj spirit. Paprobuj…

Ochroniarz chciał podpytać innych mechaników, była ich w końcu niezła gromadka, ale oprócz aktualnego rozmówcy cała reszta spała zmożona hektolitrami wypitego alkoholu.

– Sam pójdę sprawdzić do tej waszej kapciory.

– No dawaj, idti. Nie uwidjesz, nie uznajesz. – wspaniałomyślnie zgodził się Ukrainiec, po czym pociągnął kolejny spory łyk spirytusu i uwalił się w miejscu, w którym przed chwilą siedział.

Do Fabisiaka drugi raz tej nocy uśmiechnęło się szczęście. Kapciora mechaników znajdowała się w samym rogu olbrzymiej przecież stodoły, dodatkowo powiększonej jakiś czas temu przez sztab Kliczki. Co prawda w środku komórki było światło w postaci lichej żarówki 30W, jednak z wynalazku Edisona niewiele było korzyści, nadal królowała tu ciemność.

Stefan przyczaił się przy samym wyjściu z kapciory. Oburącz ściskał lewarek samochodowy, którym postanowił ogłuszyć Dziobaka.

– Psia jego mać! Co za swołocz! Mają tylko czysty spirytus. Co za Kacapy poniemieckie! – denerwował się ochroniarz. Jego głos robił się coraz bardziej donośny, co świadczyło, że powoli wychodzi z komórki. Fabisiak, cały oblany potem, wiedział, że nie może chybić a jego uderzenie musi być na tyle mocne, by Dziobak stracił przytomność. Toteż cios jaki otrzymał młody kark omal nie roztrzaskał mu głowy. Dziobak runął na podłogę jak długi, nie robiąc przy tym dużego hałasu. Co prawda jeden z kompletnie pijanych ludzi ze Wschodu poderwał się na chwilę z miejsca, w którym spał, lecz nie otworzył oczu, uważając zapewne, iż jest to zbyt męcząca czynność. Szybko też opadł na prowizoryczne posłanie i chwilę później jego chrapanie dołączyło do podobnych odgłosów wydawanych przez kolegów.

Fabisiak zaczął szukać w kupie śpiących mężczyzn Hryćki. To właśnie Wołodia Hryćko, około trzydziestoletni łysiejący blondyn pochodzący spod Brześcia dysponował kluczykami do wszystkich aut zgromadzonych w stodole.

Odnalezienie nalanej, świńskiej twarzy Białorusina nie stanowiło jeszcze sukcesu, gdyż tułów mężczyzny tkwił gdzieś między plecami jednego z jego kamratów a nogą drugiego. Wyjęcie pęku kluczyków przypominało precyzyjną operację chirurgiczną – jeden błąd mógł kosztować śmierć, z tym, że zmarłym byłby nie „pacjent” a „lekarz”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Test AntySPAMowy *