Zagłębiając się w tę książkę lądujemy w Capówce, wiosce gdzieś na wschodzie, którą co rusz nawiedzają stwory ze słowiańskiej mitologii. Gdyby nie stara Słaboniowa, z mieszkańcami byłoby krucho…

Starowinka żyje samotnie w swojej chałupince, za towarzystwo – jeśli nikt nie zajdzie na harbatę – mając kota Mruczka. Wieści ze świata czerpie głównie gości ze wsi – ale co ma wiedzieć, wie doskonale. Sympatyczna starowinka ma swoje mroczne sekrety, które z czasem przychodzi nam poznać.

Typowo, gdy mówimy o wiejskim bohaterze walczącym ze złem piekielnym, przychodzi nam na myśl Jakub Wędrowycz. Tu nie mamy jednak przerysowanego, rubasznego antybohatera, a skomplikowaną, gorzko prawdziwą kreację postaci, która swoje przeżyła i ma swoje spojrzenie na wiele spraw. Mądra zarówno doświadczeniem, jak i ludową mądrością okazuje się opoką miejscowej społeczności przed tytułowymi spiekładuchami, diabelstwem starym, które do ludzi ciągnie. Mamy tu więc apoteozę mądrości ludowej, tych setek lat tradycji, zwyczajów, podejścia do – jakże trudnego tam właśnie – życia. Czas tam płynie wolniej, w natłoku codziennych obowiązków nowości pojawiają się jakby opóźnione i stłumione.

W parze z tym idzie hołubienie ludowych zabobonów. Pal sześć, gdyby tylko o to ucieleśnienie słowiańskich strzygoniów i im podobnych niechcianych gości chodziło – wszak to miało być istotną częścią treści. Sęk tkwi w postaciach duchownych – czy to zakonnic, czy księży – gdzie charaktery rysują się w ciemnych barwach, bądź to mściwością, bądź łakomstwem malując obraz ludzi słabych, nieskutecznych, nierozumiejących z czym się mierzą. Szczególnie dziwi to w postaci księdza – egzorcysty. Niepohamowanie łakomy, naiwny i zadufany w sobie egzorcyzm prowadzi w bardzo dziwny i powierzchowny sposób – a przecież kto jak kto, ale ksiądz by uzyskać pozwolenie na egzorcyzmy musi wykazać się nieprzeciętnymi cnotami, siłą wiary i wiedzą. Opisywana bezradność nosi znamiona nie tylko kreacji słabej przeciwwagi dla rozległej mocy protagonistki, bo tu cała wiara odarta zostaje z reprezentacji prawdy – a przecież Bóg jest Prawdą Najwyższą. Wiejski zabobon z kolei ukazuje się w lepszym świetle, zabobonem i przesądem nazywany tylko przez tych nowoczesnych, miastowych, a przecież na wsi to wiedzą swoje. Ile tu potrzeby stworzenia kontrastu, a ile osobistej niechęci, ciężko powiedzieć. Dużo tu też krytyki tych miastowych właśnie – nie tylko z punktu utraty wiary, ale i zerwania więzi z rodziną i pogoni za nieważnymi celami, w oderwaniu od zdrowego rozsądku.

To w zasadzie jedyne co mi trochę zgrzytało, bo styl Autorki porywa pięknym słowem, poetyckim wyważeniem opisów (wieczorne obserwacje i rozmowy z Hendrykiem), wiarygodnością wiejskiego języka i zwyczajów. Lektura mimo spokojnego, takiego zgodnego z naturą i tamtejszym rytmem życia, tempa porywa bez reszty – bałem się, że 10 dni do spotkania nie wystarczy z moim tempem na zakończenie lektury, a jednak!
Rzecz obowiązkowa dla miłośników mitologii słowiańskiej i subtelnej grozy w nie do końca sielskim otoczeniu – ale przecież i watek kryminalny się tu pojawia!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Test AntySPAMowy *