O filmie, który mógł być naprawdę dobry…

Sezon oscarowy w pełni. Każdy, kto chociaż trochę interesuje się światem filmu z pewnością nadrabia zaległości i na bieżąco śledzi w kinie wszystkie premiery filmów nominowanych w tym roku do Oscarów. O dziwo, większość z nich miała już swoje polskie premiery i przedpremiery, więc jest całkiem nieźle. Ja także nadrabiam swoje filmowe zaległości. Dziś chcę się z Wami podzielić swoimi refleksjami na temat najnowszego filmu Bennetta Millera, Foxcatchera. Przyznaję, że czekałem na jego premierę z ogromną niecierpliwością. Co prawda nie padłem z wrażenia po seansach poprzednich produkcji Millera (Capote i Moneyball), ale tym razem reżyser sięgnął po historię opartą na faktach, historię, którą znałem już wcześniej z mediów i która bardzo mnie interesowała. Niestety, Foxcatcher to film wybitnie spartaczony i zamiast pięciu nominacji do Oscara powinien dostać wyłącznie jedną. Poniżej uzasadniam swoje krytyczne stanowisko.

Film jest inspirowany prawdziwą historią. John du Pont (Steve Carell), dziedzic fortuny, schizofrenik, zbudował w swojej posiadłości ośrodek szkoleniowy dla zapaśników. Zapaśnik Mark Schultz (Channing Tatum) nawiązał współpracę ze sponsorem, przygotowując się do igrzysk olimpijskich w Seulu (1988). Jako że obaj – du Pont i Mark – czuli się gorsi od brata Marka, Davida (Mark Ruffalo), współpraca ta doprowadziła do nieoczekiwanych wydarzeń… (źródło: Filmweb.pl).

Miller bezapelacyjnie ma swój styl – jego filmy są duszne, ciężkie, męczące. Podobnie jest z Foxcatcherem, który nie dość, że jest też nudny, to posiada mnóstwo dziur fabularnych. Nie oszukujmy się, każdy, kto nie zetknął się wcześniej z historią braci Schultz, będzie miał duże problemy ze zrozumieniem fabuły i motywów zachowania bohaterów. Reżyser nie pokazuje widzom żadnych przełomowych momentów, a co najgorsze urywa film w momencie, w którym mogłoby być najciekawiej. Przecież ta historia aż prosi się o ukazanie jej w kontekście retrospekcji! Można też śmiało rzec, że w filmie właściwie nic się nie dzieje – widzowie mają okazję oglądać kolejne treningi zapaśników, od czasu do czasu przerywane rozmowami o niczym. Naprawdę dawno nie spotkałem się z filmem, który byłby równie nieprzyjemny
w odbiorze.

A zatem, o co tu właściwie chodzi? O ukazanie interesujących relacji pomiędzy trójką różnych mężczyzn. Każdy z bohaterów dźwiga swój własny ciężar, ale aktorzy grają tak nieprzekonująco, że widzom ciężko w to uwierzyć. Żadna z postaci nie ma ani grama charyzmy, jest zbyt statycznie, bez emocji. Fakt, że sam Schultz jest mocno zniesmaczony filmem i otwarcie go krytykuje, mówi sam za siebie. Podobno Miller dokonał pewnych przekłamań fabularnych, czego zupełnie nie rozumiem, bo Foxcatcher ani trochę nie intryguje. Najciekawszą postacią jest bez wątpienia John du Pont, czyli samotny multimilioner, który próbuje zaimponować swej matce i za pieniądze kupić sławę. Jak mówi głośno we wszystkich wywiadach, „(…) moi zawodnicy widzą we mnie ojca, mentora autorytet”. Te słowa najlepiej wyrażają, czego du Pont najbardziej pragnie i czego nie ma. Zamiast tego posiada mnóstwo wypchanych ptaków i drogocennych zabytków, czyli setki martwych przedmiotów. Nic dziwnego, że on sam też zaczyna przypominać jedną z bezdusznych rzeźb…

Wielu krytyków jest zachfoxcatcher-recenzja-filmu2wyconych poziomem aktorstwa w filmie. Dla mnie natomiast jest bardzo źle, to dno i kilometr mułu. W przeciwieństwie do wszystkich lubię Tatuma i zawsze go broniłem, ale w Foxcatcherze gra TRAGICZNIE. Jego aktorstwo w tym filmie tak mnie drażniło, że nie mogłem wręcz na niego patrzeć, denerwowało mnie w nim absolutnie wszystko, począwszy od sztucznego chodu oprycha, a skończywszy na nabzdyczonej minie.
Sam nie wiem, dlaczego wyszło tak źle. Może Tatum nadaje się jedynie do ról pięknych chłopczyków w komediach romantycznych? Jedyna scena, w której mi się podobał, to tahotelowa, w której jego bohater przeżywa załamanie nerwowe. Podobne odczucia mamw stosunku do Carella. Kompletnie nie przekonał mnie jego garbaty nos i mamroczący głos. To bez wątpienia bardzo ciekawa rola czarnego charakteru, ale czy aż tak przełomowa? Mam bardzo ambiwalentne uczucia. Na tle Tatuma i Carella bardzo dobrze wypada Ruffalo, który gra wyjątkowo naturalnie. Notabene, jest to jedyna oscarowa nominacja, z którą się zgadzam. Na plus mogę zaliczyć też zdjęcia i finałową
muzykę.

Tę historię naprawdę można było pokazać znacznie ciekawiej. To absolutnie nie jest film warty Oscara, zwłaszcza w kat. Najlepszy reżyser.
A szkoda.

Piotr Nowakowski

plakat-foxcatcher-recenzja

 

Dodaj komentarz