„Kiedy umieram” Williama Faulknera to jedna z najbardziej poruszających książek, jakie kiedykolwiek przyszło mi przeczytać.

Tragizm, naturalizm i fatalizm to elementy, na których autor zbudował przerażającą i smutną historię biedoty amerykańskiego Południa – ośmioosobowej rodziny Bundrenów. Spotykając się ze stwierdzeniem, że „z książki tej można się nieźle pośmiać; spodoba się czytelnikom lubiącym komiczne sytuacje” przecierałam oczy ze zdumienia… Posłużę się w tym miejscu słowami samego Casha Bundrena: „Niech mnie cholera, nie widzę, z czego tu się śmiać”.

Jak to zwykle u Faulknera bywa szeroko pojętą przestrzenią rozgrywających się wydarzeń jest mityczne hrabstwo Yoknapatawpha i bliżej nieokreślona miejscowość, gdzie swoją farmę posiada małżeństwo z piątką dzieci. Czas wydarzeń to koniec lat 20. XX wieku – doba farmerów, zakurzonych pustkowi, nieokrzesania i zawierzenia własnej, ciężkiej pracy. Na takim tle rozgrywa się dramat rodziny Bundrenów, przedstawiony w powieści z piętnastu różnych perspektyw. Wspólna, ponad tygodniowa podróż, z trumną matki na rozklekotanym wozie jest szablonem, poprzez który kształtują się ich wzajemne, rodzinne relacje. Po głębszym zastanowieniu można jednak dojść do jeszcze innego wniosku – pośrednio, to nieżyjąca, zamknięta w ręcznie zrobionej trumnie matka kieruje całym szeregiem zdarzeń, jakich doświadczają jej najbliżsi. Spełnienie jej ostatniej woli – pochówek przy bliskich w odległym Jefferson – stawia przed jej dziećmi i mężem piętrzące się przygody: szaleństwo jej najmłodszego syna, który w niezrozumiałym akcie obłędu wierci otwory w wieku trumny, raniąc tym samym twarz matki; ulewny deszcz zmywający most, przez który chce przejechać żałobny konwój i związane z tym mrożące krew w żyłach kolejne wydarzenia (utopienie się mułów, zatonięcie trumny, wypadek Casha); postępujące wraz z upływem dni, spotęgowane upałem, rozkładnie się zwłok Addie Bundren; pożar stodoły i szaleństwo Darla; padlinożerne sępy, krążące nad posuwającym się ku celowi podróży wozem; wreszcie gwałt na Dewey Dell i publiczne pojmanie obłąkanego Darla. Jako że narracja prowadzona jest nie tylko z punktu widzenia samych Bundrenów (w tym także nieżyjącej Addie), ale także ich znajomych oraz przypadkowo napotkanych osób, każdy z rozdziałów przynosi odmienne punkty widzenia i sądy. Polifoniczność głosów, rozpisanych na pięćdziesiąt dziewięć części składowych powieści, jest w ostateczności zdominowana przez wersję wydarzeń przedstawioną z perspektywy braci – najmłodszego Vardamana i starszego Darla.

Największym kunsztem warsztatowym Faulkner wykazał się zwłaszcza w rozdziałach, gdzie wypowiada się Vardaman – dziecko, do tego ze zwichrowaną psychiką, utożsamiające śmierć matki z poćwiartowaną przez siebie rybą. Strumień świadomości najmłodszego członka rodziny jest najbardziej skomplikowany semantycznie, chaotyczny, niejednoznaczny (przypomina trochę słowotok Benjy’ego z „Wściekłości i wrzasku”). Z kolei Darl wydaje się być narratorem najbardziej rzetelnym i obiektywnym, choć w ostateczności staje się wariatem.

kiedy-umieramOsobą budzącą najmniej sympatii jest senior rodu – Anse. Leniwy, „mlamlący gębą”, zdziwaczały, nierozsądnie narażający dzieci na niebezpieczeństwo (zalanie złamanej nogi Casha cementem!) i egoistyczny. Ważną postacią, choć najmniej zaangażowaną w dopowiedzenie historii, jest Jewel Bundren, bękart spłodzony przez pastora Whitfielda, acz najbardziej hołubiony przez Addie. Klejnot to małomówny odludek, wyraźnie odstający od reszty rodzeństwa, uosabiający dzikość i nieograniczoną jednostkową wolność. Porażająca w ich samotnej, upiornej wędrówce jest duma i zabobonny lęk, jakim się kierują w wyprawianiu na tamten świat Addie. Ufanie takim wartościom, jak przywiązanie do najbliższych, choć ślepe i bezrozumne, wzajemna odpowiedzialność czy uczciwość względem zmarłej sprawia wrażenie solidaryzmu i familiaryzmu, jednak relacje łączące Bundrenów trącą tragizmem i chyba trochę egoizmem. Farmerska rodzina z „Kiedy umieram” to symbol powtarzającej się historii ludzkości, odwiecznego rodzenia się po to, by umrzeć, zmagania się nie tylko ze śmiercią, ale i szaleństwem, niewygodą bytowania, konfrontowania młodości ze starością. To na tej wiedzy Faulkner zbudował swój geniusz, widać to także w „Absalomie, Absalomie” i „Wściekłości i wrzasku”.

Technika twórcza pozostaje niezmienna, jak w innych arcydziełach pisarza z Missisipi. Pisanie świadomością, szorstkość języka, minimalizm składniowy, naturalizm obrazowania to filary jego stylu. Osobiście uważam „Kiedy umieram” za jedno z najwybitniejszych i najtrudniejszych dzieł w dorobku Faulknera.

Dla mnie – ARCYDZIEŁO bez śladów komizmu.

1 komentarz

  1. Trafna i intersująca recenzja 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Test AntySPAMowy *