Późnym środowym wieczorem w Kinie Atlantic zakończyła się 20. edycja Festiwalu Filmów Afrykańskich AfryKamera. Impreza nie byłaby sobą gdyby obyło się bez problemów technicznych. Jeden z filmów wyświetlono tylko z napisami po angielsku, natomiast brazylijskie „Pokojówki” zostały pokazane jako film zamknięcia, choć pierwotnie miały być emitowane 2 dni wcześniej (kopia filmu nie nadawała się wtedy do oglądania). Czy te niedogodności w jakikolwiek sposób wpływają na odbiór Festiwalu? W żadnym wypadku. Można nawet zaryzykować śmiałe stwierdzenie, że skoro w życiu przeciętnego Afrykanina pojawiają się ustawiczne problemy, to nie inaczej będzie z afrykańskimi filmami. To nie jest (i nigdy nie będzie) dopięte na ostatni guzik kino południowoafrykańskie czy japońskie. I bardzo dobrze.
W tym roku AfryKamera pokazywana była w Warszawie niemal równolegle z przereklamowanym Festiwalem Pięciu Smaków, którego dyrektor, Jakub Królikowski, już dawno stracił kontakt z filmową rzeczywistością. Utarło się nawet w stolicy twierdzenie, że jeżeli chce się przysypiać na ekranowych wynalazkach i dłużyznach offowych nołjnemów z Azji, to idzie się na 5 Smaków, natomiast gdy ma się ochotę na coś świeżego odwiedza się AfryKamerę.
Pewne formaty doskonale sprawdzają się podczas Festiwalu Filmów Afrykańskich. Chodzi o filmy sudańskie, egipskie oraz produkcje z Czadu. Podczas 16. AfryKamery, 4 lata temu, pokazano dzieło czadyjskiego reżysera Mahamata Saleha Harouna pt. „Lingui”, który zasłużenie zgarnął później 4 Jacole. Tym razem warszawscy widzowie zobaczyli film zatytułowany „Diya”, zaś wyreżyserowany przez debiutanta Achille’a Ronaïmou Adoumbaye’a. Rzecz ponownie dzieje się w stolicy kraju, Ndżamenie. Katolik Francis Dane (w tej roli Youssouf Djaoro – na zdj. głównym) mieszka z ciężarną żoną (Solmem Marina Ndormadjingar) pracując jako kierowca jednej z organizacji NGO. W porównaniu do większości biednych mieszkańców Dane zarabia nieźle, ma przecież stałe źródło dochodu. Jednak to niemal sielskie życie przerywa wypadek, prowadząc auto mężczyzna potrąca przechodzącego przez jezdnię muzułmańskiego chłopca Youssoufa Bechira. Gdy w wyniku odniesionych ran chłopak umiera jego bliscy domagają się czegoś, co w Czadzie nazywa się diya, czyli rodzaju zadośćuczynienia. Film A.R. Adoumbaye’a nie jest może aż tak dobry jak „Lingui” natomiast zdecydowanie była to najlepsza produkcja tegorocznej AfryKamery. „Diyi” niewiele ustąpili porażający smutną rzeczywistością wojny domowej w Sudanie „Chartum” pięciorga reżyserów oraz egipski film „Aisha nie odleci”. O pierwszym z nich będzie jeszcze okazja wspomnieć podczas planowanego niedługo wywiadu z sudańską reżyserką filmową mieszkającą w Polsce, Razan Rahamą. Natomiast w „Aishy” Morada Mostafy znowu mamy wątek sudański, bo główna bohaterka (Buliana Simona) jest Sudanką pracującą w Kairze za marne pieniądze jako opiekunka osób starszych.
Najlepszym filmem krótkometrażowym tegorocznej edycji było dzieło 32-letniego Etiopczyka o nazwisku Beza Hailu Lemma pt. „Alazar”.
Co prawda dla warszawiaków AfryKamera się już skończyła, ale festiwal wyrusza na pokazy w innych miastach Polski. Na rozkładzie jest Łódź, Lublin, Szczecin, Wrocław i Kraków, ale także znacznie mniejsze Rzeszów, Konin i Grodzisk Wielkopolski.
Muzycznym podsumowaniem tegorocznej imprezy jest utwór pt. „Drena” angolsko-polskiego duetu Lua Preta. To energetyczne nagranie towarzyszyło każdemu seansowi filmowemu.
„Drena” – Lua Preta







