Do końcówki listopada zeszłego roku nie znałem ani jednej osoby z Wenezueli, która byłaby związana z Polską. Mało tego, samą Wenezuelę traktowałem troszkę po macoszemu, niestety również w temacie muzycznym. Leżące na tym samym kontynencie Brazylia i Kolumbia, a nawet Peru i Boliwia wydawały mi się pod tym względem ciekawsze. Idąc więc na koncert (połączony z opowiadaniem) Beatriz Blanco, Wenezuelki od niemal 40 lat mieszkającej w Polsce, nie obiecywałem sobie niczego. Tym większe było moje zaskoczenie. Zaskoczenie pozytywne. Beatriz Blanco w ciekawy sposób nie tylko opowiedziała o swoim życiu, ale przedstawiła również piosenki wenezuelskie. Przygrywała sobie przy tym na cuatro, czyli czterostrunowej gitarze, instrumencie popularnym w Wenezueli. Publiczność, w tym ja, była zachwycona, nagradzając artystkę zasłużoną burzą oklasków.

Poniżej przedstawiam mój wywiad z Beatriz Blanco, wokalistką, śpiewaczką operową i lektorką języka hiszpańskiego mieszkającą w podwarszawskim Piasecznie.

Przeciętnemu Polakowi Wenezuela kojarzy się przede wszystkim z 3 rzeczami: Hugo Chavezem, południowoamerykańskimi operami mydlanymi i pięknymi kobietami, często wybieranymi najpiękniejszymi na świecie (Wenezuelki mają na koncie 6 tytułów Miss Świata, 7 tytułów Miss Universe i 8 tytułów Miss International!). Czy denerwują Panią te skojarzenia?

Może zacznę od końca. Na pewno nie denerwuję się, jeśli jest to skojarzenie z pięknymi kobietami, które zdobywają różne nagrody w konkursach piękności, aczkolwiek w Wenezueli zrobiono z tego taką fabrykę „missek”. To jest sztuczne i nie ma nic wspólnego z pięknem. Proszę sobie spojrzeć na zdjęcia Wenezuelki Susany Duijm, Miss World 1955, pierwszej najpiękniejszej kobiety świata pochodzącej z Ameryki Południowej, i zobaczyć jej naturalne piękno.

Jeżeli chodzi o opery mydlane, to nie są może one zbyt chwalebne, ale trzeba podkreślić, że w okresie największego rozkwitu tego gatunku scenariusze do niektórych seriali pisali wielcy wenezuelscy ludzie teatru i filmu, np. José Ignacio Cabrujas, Leonardo Padrón czy Ibsen Martinez.

Co do pierwszego skojarzenia, to wolę nie wymieniać nazwiska tego człowieka, ponieważ była to osoba, która obiecała, że jeżeli mu się nie uda skończyć z bezdomnymi, głodnymi dziećmi na ulicach, to nie będzie się nazywał tak jak się nazywa. Nie zrobił tego, ale dla mnie się już nie nazywa. To człowiek, od którego zaczął się cały ten chaos i upadek mojego kraju, tak więc wolę o nim nie rozmawiać.

A jakie Pani zdaniem powinny być skojarzenia z Wenezuelą?

Przede wszystkim piękno. Piękno jest „piętnem” Wenezueli (śmiech). Piękno pod każdym względem. Tak było kiedyś. Dziś wydaje się, że póki rządzący nie zobaczą zgliszczy kraju, to nie będą zadowoleni. Niszczą wszystko w stopniu totalnym, więc mało co zostanie, choć są jeszcze piękne miejsca. U nas natura zawsze przewyższała to, co mógł stworzyć człowiek. Gdy Krzysztof Kolumb dotarł w swej trzeciej podróży do brzegów dzisiejszej Wenezueli nazwał to miejsce tierra de gracia, ziemią wdzięku. Urzekło go piękno tego, co zobaczył. Tak więc chciałabym żeby Wenezuela kojarzyła się z pięknem. Z pięknem, oraz z bardzo uzdolnionymi osobami, które mieszkają w różnych miejscach na świecie. A także ze zdolnymi dziećmi. Np. nie wiem czy wszyscy wiedzą, ale ostatnio 13-letni Wenezuelczyk, Miguel Rojas, odkrył asteroidę. Chciałabym żeby Wenezuela była kojarzona z Andrésem Bello, moim rodakiem, który w 1842 r. założył Uniwersytet w Santiago de Chile

Dlaczego w Polsce tak mało wiemy o muzyce wenezuelskiej? Słyszymy o brazylijskiej sambie, argentyńskim tangu, kolumbijskiej cumbii, boliwijskiej morenadzie czy nawet peruwiańskim huayno. O muzyce wenezuelskiej nie. Jak Pani sądzi, czemu?

Muzyka wenezuelska jest bardzo różnorodna, natomiast wydaje mi się, że np. taka bossa nova, poprzez połączenie z jazzem, była łatwiejsza w odbiorze dla słuchacza ze Stanów Zjednoczonych czy Europy. W latach 70. XX w. wenezuelski kompozytor Aldemaro Romero próbował wplatać w miejscowe rytmy np. jazz. Zapoczątkował on tzw. nową falę (Onda Nueva) w muzyce wenezuelskiej, ale nie udało mu się z tym przebić na świecie. Rzeczywiście, muzyka z mojego kraju ma takie właściwości, że trudno ją dostosować do światowego mainstreamu. W każdym razie, od kiedy jestem w Polsce, to robię wszystko by zapoznać ludzi z tym, czego słucha się w Wenezueli. Nawet gdy występowałam w Filharmonii Narodowej, to wzięłam ze sobą gitarę cuatro i zaśpiewałam kilka piosenek. Później byłam już ciągle o to proszona, co mnie bardzo ucieszyło. Od grudnia 2021 r. w piątki o godzinie 19:00 mam swoją audycję „Venezuela en el Corazon” w IMI Radiu. Czasami śpiewam tam na żywo, prezentuję też utwory z płyt, ale zawsze jest to związane z muzyką wenezuelską. Moja audycja jest w języku polskim i hiszpańskim.

Urodziła się Pani w Caracas, a Pani ojciec, Balbino Blanco Sanchez, był dziennikarzem i recytatorem, osobą znaną i uznaną w stolicy. Czy przez to Pani dzieciństwo było lepsze czy gorsze?

Mieszkałam w Wenezueli przez pierwsze 24 lata mojego życia i była to bajka. I to nie tylko z wymienionego przez pana powodu, ale też dlatego, że kraj był wówczas inny. Byłam wtedy przeszczęśliwa. Rzeczywiście, życie z tatą było dla mnie nieustającym świętem. Ojciec był postacią znaną i lubianą. Uwielbiałam z nim przebywać, chodzić z nim na różne spotkania, recitale, przyjęcia. Nieraz wzruszam się odkrywając u siebie jakiś gest, który kiedyś widziałam u taty. Ojciec jest moją inspiracją artystyczną. Dodam, że nie byliśmy zamożną rodziną, bo praca taty nie była nastawiona na zarabianie dużych pieniędzy, ale czułam się fantastycznie. Miałam cudowne dzieciństwo i młodość. Na przykład w moje urodziny przychodzili do nas, dzięki znajomości z tatą, najwybitniejsi artyści wenezuelscy, tacy jak Simón Díaz, tancerka Yolanda Moreno czy mezzosopranistka Morella Muñoz. Otoczona byłam pięknem, radością i miłością. Takie miałam dzieciństwo. Śmieję się, że pochodzę z raju.

Jesienią 1982 r. przyjechała Pani na studia do Polski. Wiadomo, że minusem dla Pani była wtedy pogoda, jakże inna od wenezuelskiej, oraz smutni ludzie na ulicach. A jak było z jedzeniem? Które polskie potrawy Pani polubiła a jakich nigdy więcej już nie zje?

Ja miałam to szczęście, że przyjechałam do Krakowa na studia muzyczne i byłam otoczona młodymi, energicznymi ludźmi. Na ulicach może i byli smutni ludzie, ale my żyliśmy w swoim świecie artystycznym. Jeżeli chodzi o jedzenie, to przyjeżdżając do Polski pomyślałam: „Jestem w nowym miejscu, mam się dopasować”, próbowałam więc wszystkiego. Jedyna potrawa, której nie zjem to tatar. Tłumaczę sobie to tym, że mieszkańcy rejonów tropikalnych mają „zakodowane genetycznie”, by nie jeść surowego mięsa. Ja mam tak, że nawet jak jem befsztyk, czy cokolwiek z mięsa, to musi być dobrze zrobione, bez krwi, bo to mi się źle kojarzy. Tak samo woda musi być dla mnie zawsze gotowana. Z polskich potraw uwielbiam bigos, pierogi, kiszkę czy babkę ziemniaczaną.

A wracając do moich pierwszych dni w Polsce, to oczywiście niedługo po przyjeździe w październiku, rozchorowałam się i spędziłam dwa tygodnie w łóżku, tak więc kurs językowy rozpoczęłam dopiero w listopadzie.

W 2003 r. założyła Pani, wraz z Leszkiem Potaszyńskim i Markiem Walawenderem zespół Solo Tres, w którego repertuarze znalazły się piosenki z Wenezueli, ale także z Kolumbii czy Peru. Bardziej chodziło Pani o pokazanie różnorodności gatunków muzycznych występujących w Ameryce Południowej czy zapoznanie słuchaczy z utworami tylko wenezuelskimi?

Założenie Solo Tres wynikało z mojej potrzeby śpiewania nie tylko muzyki wenezuelskiej. Muzykę z mojego kraju mogę śpiewać sama, grając na cuatro albo a capella. Ale uwielbiam szeroko pojętą muzykę południowoamerykańską, począwszy od Chilijki Violety Parry, poprzez protest-songi, które śpiewałam mając 14-15 lat, aż po argentyńską zambę, wykonywaną przy pomocy gitary i bombo legüero. I stąd pomysł na Solo Tres. Zresztą z Leszkiem Potaszyńskim występowaliśmy już wcześniej jako duet. Debiut zespołu Solo Tres odbył się w Natolińskim Ośrodku Kultury. Zagraliśmy tam trzy koncerty, a obecna wtedy na sali pani ambasador Wenezueli, Daniela Szokoloczi, żartobliwie przyznała mi tytuł „Ambasadorki Kultury Wenezuelskiej w Polsce”. (śmiech)

2017 r. ukazała się Pani debiutancka płyta „¡Tan Lejos! – Tak daleko!”. Czy w najbliższym czasie planuje Pani wydać coś nowego?

Tak, dodam, że „Tan Lejos” ukazała się 25. listopada, w dzień urodzin mojego taty. Mam już materiał na nową płytę. Są to piosenki Violety Parry + jeden mój utwór do jej słów, w których mówi ona o pobycie w Warszawie. Międzynarodowa kariera Violety Parry zaczęła się od przyjazdu w 1955 r. do Polski na V Festiwal Młodzieży i Studentów. Wszystko jest już na etapie tworzenia okładki. A w przyszłości chciałabym nagrać swój recital autorski.

Na koniec moje standardowe pytanie o 3 ulubione piosenki wszech czasów, i dlaczego właśnie te?

Na pewno „Gracias a la Vida” Violety Parry. Jeżeli chodzi o rock, to uwielbiam „Starway to Heaven” grupy Led Zeppelin. W tym nagraniu jest wszystko, muzyka dawna, celtycka, z tymi fletami, jest taka atmosfera niesamowitości, to gitarowe solo, które wywołuje ekstazę, no i zakończenie. A trzeci utwór to „Tonada del Cabrestero” Simóna Díaza, który kończy się słowami „Mañana cuando me vaya ¿Quién se acordará de mí? („Jak pójdę, to kto będzie o mnie jutro pamiętał?”. Przepiękna, refleksyjna pieśń.

Dziękuję za wywiad.

(Na dole wpisu zamieszczam nagranie Beatriz Blanco w rytmie polo (z wyspy Margarita, skąd pochodziła mama artystki) pt. „Polo Margariteño”; zdjęcie z archiwum Beatriz Blanco)

Beatriz Blanco
Pełne nazwisko: Justa Beatriz Blanco Rojas
Ur. 27.02.1958 r. – Caracas, Wenezuela.
Rodzaj głosu: mezzosopran.
Niektóre role operowe/musicalowe: Carmen w „Carmen” George’a Bizeta (Opera Śląska w Bytomiu, reż. Maria Fołtyn, 1995), Anita w „West Side Story” Leonarda Bernsteina (Opera na Zamku w Szczecinie, reż. Leszek Czarnota, 2001), Niania w „Eugeniuszu Ognieginie” Piotra Czajkowskiego (Opera Bałtycka w Gdańsku, reż. Marek Weiss-Grzesiński, 2009).
Wydana płyta: „¡Tan lejos! – Tak daleko!” (2017).
Wybrane utwory: „Habanera” (z opery „Carmen”, 1995), „Milonga Sentimental” (z Solo Tres), „Salve Reyna y Madre” (z Solo Tres), „Polo Margariteño” (2017), „Venezuela” (2017).
Strona internetowa: TUTAJ

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Test AntySPAMowy *