„Wojna o planetę małp” (2017) – reż. Matt Reeves

Kategoria:

Trylogia „Planety Małp” to ewenement, który na próżno porównywać z jakąkolwiek inną serią filmową. Okazuje się bowiem, że rebooty czasem mogą być czymś dobrym! Ba. Nawet bardzo dobrym. Wszystko zaczęło się w 2011 roku wraz z „Genezą”, która – coby dużo nie mówić – została przyjęta przez pamiętających kiczowate części z lat 60. widzów, z ostrożnym, a nawet dość sceptycznym zaciekawieniem. Kolejna część, „Ewolucja”, była znakomitą kontynuacją, realizacyjnie i fabularnie dużo lepszą niż poprzedniczka. Da się? Natomiast to, co Matt Reeves zrobił przy okazji Wojny o planetę małp, przekroczyło już najśmielsze oczekiwania…

Wojna o planetę małp (2017)

Nie liczcie w tym miejscu na jakikolwiek wstęp czy zarys wprowadzający w fabułę recenzowanego filmu. Zdradzenie czegokolwiek byłoby bowiem rzeczą niewybaczalną. Nie tylko dlatego, że musiałbym spoilerować o wydarzeniach z części poprzednich (swoją drogą jeśli jest tu ktoś, kto ich nie widział, to niech przestanie czytać i szybko nadrobi), ale i pozbawiłbym Was zaskoczenia, a filmu nieprzewidywalności wywołanej w pełni świadomą zabawą reżysera z przyzwyczajeniami widza.

Współczesna trylogia „Planety małp’ to seria niezwykła, i jak powiedziałem we wstępie, ciężko porównać ją do jakiejkolwiek innej zrealizowanej w XXI wieku (no może ewentualnie do „Władcy pierścieni” Petera Jacksona). Nieczęsto w końcu we współczesnym kinie mamy do czynienia z zjawiskiem, w którym każda kolejna cześć franczyzy, jest lepsza od poprzedniej, a jednocześnie wszystkie są naprawdę dobrymi lub bardzo dobrymi filmami.

Wojna o planetę małp (2017)

To co szczególnie zasługuje na uwagę i uznanie w przypadku Wojny o planetę małp, to odwaga reżysera, który choć mógł iść na skróty stawiając na akcje, widowiskowość i przysłowiowe „mięso”, zdecydował się stworzyć film inteligentny, subtelny i przede wszystkim, stanowiący wyzwanie dla widza. Nie brakuje tu licznych nawiązań do obecnej sytuacji politycznej. Apartheidu, na którego krytyce opierała się oryginalna seria „Planety Małp”. Do klasyków gatunku tj. „Pluton”, „Czas Apokalipsy”, „Full Metal Jacket”. A nawet i do symboliki biblijnej, szekspirowskiej czy czysto popkulturowej.

Powiedzieć o tym filmie, że to techniczny majstersztyk, to nie powiedzieć nic. Zimne, surowe barwy kadrów, doskonała (chyba najlepsza w karierze) muzyka zapracowanego w tym roku Giacchino, i w końcu najważniejsza – szczególnie że w przypadku Wojny po raz pierwszy całość filmu opowiadana jest z perspektywy Cesara – technika motion capture dopracowana w tym filmie do perfekcji.

Wojna o planetę małp (2017)

Sercem i duszą tej serii jest jednak Andy Serkis. Aktor pomimo iż gra postać, której wygląd w całości wygenerowano komputerowo, potrafił stworzyć z Cesara bohatera autentycznego, pełnego emocji i targanego wewnętrzną walką. Bohatera, którego rozwój psychologiczny możemy zaobserwować z każdą kolejną częścią i w którego najnormalniej w świecie wierzymy. I nie, nie będę kolejny raz mówił o nagrodach, które Andy Serkis powinien dostać w swojej karierze, bo to, że do tej pory za każdym razem trzeba o tym powtarzać, jest chyba dostatecznym dowodem farsy i jawnej kpiny z jaką niewątpliwie mamy tu do czynienia.

 

Tytułowa Wojna, choć przez nawiązania i sceny batalistyczne jest mocno zaakcentowana dosłownie od pierwszej do ostatniej sceny, głównie rozgrywa się w warstwie psychologicznej. Cały film to tak naprawdę pojedynek dwóch postaw, dwóch charakterów – Cesara i – granego przez Woody’ego Harrelsona – bezwzględnego Pułkownika, czyli otoczonego fanatycznymi wręcz poplecznikami przywódcę ludzi. Dodajmy, że dość wyraźnie niektórymi kadrami konotowanego z postacią Kurtza z „Czasu Apokalipsy”. Nie jest to jednak psychopata czystej wody, i choć trudno jego czynów nie stawiać w Wojna o planetę małp (2017)złym świetle, są one jednocześnie mocno umotywowane sytuacją, w której znalazła się ludzkość.

O Wojnie o planetę małp mógłbym napisać jeszcze wiele. Mógłbym skupić się na jego nieprzewidywalności, wizji reżysera, lub jeszcze szerzej wypunktować zawarte w nim alegorie. Boję się jednak, że zamiast recenzji, zacząłbym tworzyć powoli epopeję dziękczynną, a tego wolę unikać. Po prostu idźcie do kina i zobaczcie sami.

PS. Nie wiem, czy Matt Reeves planuje kontynuować serię, a jeśli tak, to pewnie nastąpi to dopiero, gdy ukończy swój kolejny projekt, czyli „The Batman” (już zacieram rączki). Wiem natomiast, że jeśli się na to zdecyduje, to żeby utrzymać tendencję wzrostową i przebić poziomem Wojnę, będzie już musiał stworzyć arcydzieło. I wiecie co, z jego strony niczego innego się nie spodziewam.

źródło zdjęć: imbd.com

wojna o planetę małp recenzja filmu

Tytuł: Wojna o planetę małp

Autor: Matt Reeves

Kategoria: Dramat/Akcja/Sci-Fi

Data wydania: 28 lipca 2017 (Polska) 11 lipca 2017 (świat)

Produkcja: USA

Czas trwania: 2 godz. 20 min.

Autor: Filmoholik

29.07.2017