Silmarillion J R R Tolkien Recenzja Ksiazki

Silmarillion, czyli przekłady z języka elfów … – J.R.R. Tolkien

Kategoria:
 

Słowo wstępu.

 

Książka, którą zamierzam opisać, to wyjątkowa odpowiedź polskiego fandomu tolkienowskiego na oficjalną edycję Silmarillionu, zredagowaną
i po raz pierwszy opublikowaną w 1977 roku przez Christophera Tolkiena i Guya Gavriela Kaya.

Gdy począwszy od 1983 roku zaczęto wydawać kolejne tomy History of Middle-Earth – cyklu zawierającego oryginalne teksty J.R.R. Tolkiena na temat Śródziemia, pozbawione gruntownych zmian i opatrzone jedynie komentarzami jego syna – stało się jasne, że oficjalny kształt
redakcji i doboru tekstów Silmarillionu jest w dużym stopniu niezgodny z przedśmiertną wolą samego autora.

Pragnąc książki możliwie najdoskonalszej, przedstawiciele polskiego nieoficjalnego wydawnictwa MumakiL Fandom PresSsss…
postanowili dokonać rekonstrukcji opus magnum Tolkiena – i wydać je w takiej formie, jakiej być może życzyłby sobie tego on sam.
Tak powstał Silmarillion, czyli przekłady z języka elfów dotyczące Dawnych Dni, zaś niniejsza recenzja obejmuje jego pierwszy tom.

Silmarillion, czyli recenzja właściwa.

Każde kolejne spotkanie z mieszkańcami Ardy przypomina mi, jak wspaniała jest proza Tolkiena. Wykreowany przez niego wielkiej urody świat przedstawiony jest tak dalece realistyczny i szczegółowy (z pięknie rozbudowaną metafizyką na czele), że książki o Śródziemiu nie tyle się czyta, ile raczej wchodzi w nie niczym do żywej, istniejącej krainy. Właśnie to porywające piękno i prawdziwość tolkienowskiego świata
przesądzają o moim odbiorze Silmarillionu. Ponieważ jednak kolejny pełen zachwytów tekst na temat twórczości Profesora nie wydaje się
potrzebny, niniejsza recenzja obejmie jedynie specyfikę danego wydania.

Odnośnie tegoż- jestem po prostu oczarowana. Nie tylko przez wzgląd na to, że nowy Silmarillion jest tak naprawdę zupełnie inną książką niż ten oficjalny. Jako wydawnictwo fandomowe i stosujące formułę non-profit, MFP mógł
pozwolić sobie na nadanie swej publikacji niecodziennego charakteru.
Zatem – choć okładka jest tradycyjna i zachowawcza – na karcie tytułowej to Bilbo Baggins figuruje jako autor Silmarillionu, zaś Findegil z Minas Tirith – jako jego redaktor. Poniżej wymienia się tłumacza całości z Westronu na angielski, czyli właśnie J.R.R. Tolkiena.

Książka jest pełna tego rodzaju wstawek – zarówno tych zastosowanych przez samego Tolkiena i usuniętych później przez jego syna, jak i dopisanych przez polskich redaktorów. Mamy tu więc wzmianki o Rúmilu jako autorze
oryginałów niektórych tekstów, objaśnienia dopisywane przez Pengoloða
Mędrca i wiele tym podobnych. W efekcie Silmarillion czyta się nie jak napisaną ,,w naszym świecie” książkę fantasy, lecz raczej jak kronikę historyczną,
rzeczywiste opowieści o Dawnych Dniach, z początku powtarzane z ust do ust, później zaś przepisywane przez wiele rąk, zanim przybrały swą finałową formę. Wrażenia dopełnia polska redakcja: ponieważ była z góry ograniczona przez kształt i charakter opracowywanego materiału, zawiera liczne powtórzenia
informacji dotyczących takich spraw jak imiona i funkcje Valarów czy progenitura poszczególnych Eldarów. Choć zdaję sobie sprawę, że jest to raczej efekt uboczny niż zamierzony, w żaden sposób nie przeszkadza w odbiorze tekstu – przeciwnie, dzięki temu całość nabiera kronikarskiego, a niekiedy
nawet nieco ,,biblijnego” charakteru.

Wielką radość sprawiły mi również Dodatki, w niniejszym tomie obejmujące teksty O prawach i obyczajach panujących wśród Eldarów oraz
Athrabeth Finrod ah Andreth. Dobrze jest mieć je stale pod ręką w łatwo dostępnej formie.

Warto poświęcić uwagę zdobiącym Silmarillion ilustracjom autorstwa Melinir oraz pięknej i przejrzystej mapie wykonanej przez Sirielle –
choć artystki te, zasługują właściwie na osobne recenzje.

Rysunki Melinir są doprawdy szczególne i nie wiem, czy zdołam precyzyjnie opisać wrażenie, jakie na mnie wywarły, zarazem oddając pełną sprawiedliwość jej talentowi. Z jednej strony są po prostu piękne, pokazują wspaniałe umiejętności i profesjonalizm w operowaniu
kompozycją. Melinir zdaje się odnajdować inspirację w sztuce Południowej Azji: jej prace utrzymane są w perskiej stylistyce, lecz zarazem
niepozbawione własnego specyficznego stylu. Inne – jak reprodukowana powyżej okładka książki – są dynamiczne i pełne ekspresji,
przywodzące na myśl skojarzenia z Młodą Polską i czasopismem ,,Chimera”.

Z drugiej jednak strony rysunki te budzą we mnie ambiwalentne uczucia.
Ich niewątpliwa wartość jest zaburzona przez szkicowość i niedbałość,
niekiedy zaś nawet i niechlujność wykonania. Większość z nich sprawia
wrażenie ledwie nakreślonych, a w najlepszym razie porzuconych w połowie pracy.

Zamiarem wydawcy było umieszczenie w książce właśnie tego rodzaju sztuki: niepokojącej, nieoczywistej i kontrowersyjnej, możliwie najbardziej różniącej się od dopracowanych szczegółowo ilustracji w stylu Alana Lee czy Teda
Nasmitha. Udało się, ponieważ prace Melinir wywierają naprawdę silne
wrażenie, przy tym zaś czynią to wydanie nowatorskim, odświeżającym
i jedynym w swoim rodzaju.

Bardzo wiele zdziałał tu sam pomysł utrzymania ilustracji do Silmarillionu
w konwencji azjatyckiej – zważywszy na fakt, że większość tolkienowskich
artystów odwołuje się raczej do stylu medieval fantasy, wybór anturażu
typowego dla miniaturystyki perskiej jest niezwykle oryginalny i intrygujący.

Co do samej mapy – nie wiem, kto z załogi MumakiLa wymyślił, że należy ją
wydrukować osobno i po prostu włożyć do środka, lecz jestem całkowicie
pewna, że ów ktoś zasłużył na medal i uroczyste podziękowanie.
W przypadku oficjalnej wersji nie zawsze chciałam przerywać czytanie tylko po to, by odszukać konkretne miejsca na mapie umieszczonej na końcu książki. Luźny arkusz natomiast pozwala na zapoznanie się z geografią Beleriandu
i Północy bez potrzeby odrywania się od tekstu – co jest bardzo przydatne zwłaszcza przy szczegółowych opisach wędrówek ludów czy bitew.

Tym, co nie do końca mi się podoba, jest przeniesienie rozdziału W sprawie krasnoludów zbyt daleko – moim zdaniem – w stosunku do wszystkich innych opowieści. W efekcie historia przyjścia na świat Naugrimów ma miejsce nie tylko po zreferowaniu pierwszych Trzech Bitew o Beleriand, lecz nawet po opisie powstania Gondolinu – a taki układ nieco konfunduje (Zgaduję jednak, że był konieczny, by Quenta
Silmarillion
mogła zachować ciągłość i spójność). Kolejnym elementem, który nie przypadł mi do gustu, było pominięcie paru istotnych
(w mojej opinii) elementów Legendarium – jak na przykład historia Entów. To jednak, jak sądzę, wynika z głównego założenia rekonstrukcji, według którego obejmować miała ona wyłącznie koncepcje powstałe w latach 50. XX wieku. Wypada zatem cieszyć się tym, co jest, zaś po brakujące informacje sięgać do HoME lub oficjalnego Silmarillionu.

Z elementów czysto praktycznych: ponieważ wydanie ma formę klasycznej ,,cegiełki” – liczy sobie niecałe siedemset stron – wolałabym,
aby nagłówki kart tekstu głównego zawierały tytuły poszczególnych ksiąg, zamiast tytułu całego tomu. Przypuszczam, że w przyszłości wiele egzemplarzy książki służyć będzie właścicielom jako szybkie źródło porównawcze – w takiej sytuacji precyzyjne oznaczenia byłyby wielką
pomocą. Trochę przeszkadzało mi też umieszczenie dopisków odredaktorskich w samym tekście, ujętych w nawiasy, zamiast w przypisach dolnych lub na końcu tekstu (Przykładem może być jedno z Proroctw Mandosa, przerwane w połowie przez informację dotyczącą samej
natury Mandosa). Takie praktyki sprawiają, że tekst nie zawsze wygląda estetycznie, niekiedy trudno również zachować płynność czytania.

Beleriand i Krainy Północy

Poza tym książce z pewnością przydałaby się powtórna redakcja i co najmniej jeszcze jedna korekta – zdarzało mi się znajdować w niej
zarówno nieścisłości fabularne, jak i błędy gramatyczne czy różne wersje tych samych nazw (przykład: jedna z rzek Ossiriandu, która w różnych miejscach występuje na przemian w rodzaju męskim – jako ten Adurant – i żeńskim, jako Aduranta. Do tego w narracji wciąż zdarzają się ,,kwiatki” – zdania w rodzaju Kazał zawalić głazami wejście do tajemnego wejścia czy Widząc to, w duszy Maeglina zawrzała nienawiść).
Osobiście zmodyfikowałabym też deklinację elfickiego nazewnictwa (np. jeżeli królestwo Thingola nazywało się Doriath, to Thingol powinien mieszkać w Doriacie, nie zaś w Doriathcie). Wszystko to jednak stanowi z mojej strony w większym stopniu obiektywne obserwacje niż
wskazanie błędów do poprawy. Korekta i redakcja tekstu to niezwykle trudne i wymagające zajęcia, szczególnie dla osoby niebędącej
profesjonalistą. Na miarę dokonanego przez ludzi MumakiLa herkulesowego wysiłku te kilka drobnych błędów doprawdy nie razi.
Przeciwnie, wielki podziw budzi fakt, że przy takim ogromie i różnorodności niełatwych przecież tekstów zespołowi umknęło tak niewiele.

Jest jeszcze jedna cecha, która mnie w tym wydaniu urzekła, i która jest dla mnie jako czytelniczki niezwykle przyjemną niespodzianką.
Otóż istnieją książki, które są po prostu wizualnie piękne – i nie mam tu na myśli jedynie estetycznego projektu okładki czy ilustracji.
W tych książkach wszystko ze sobą współgra – kolor i jakość papieru, rozmiar i grubość tomu, to, czy oprawa jest miękka, czy twarda.
Takich książek uwielbiam dotykać, lubię ważyć je w dłoni, kartkować i oglądać ze wszystkich stron. Silmarillion MumakiLa jest jedną z nich.

Recenzja opublikowana również na immram.blox.pl

Źródła ilustracji: profil Melinir na portalu DeviantArt

Źródło mapy Beleriandu: profil Sirielle na portalu DeviantArt

silokadka1

Tytuł: Silmarillion t. I

Autor: John Ronald Reuel Tolkien

Kategoria: Fantastyka, fantasy, science fiction

Wydawnictwo: MumakiL Fandom PresSsss

Liczba stron: 669

Data wydania: 2013

Autor: Isiliel

03.03.2015