„Mission: Impossible – Fallout” – reż. Christopher McQuarrie

Kategoria:

Pościgi, strzelaniny, akcja, akcja i Tomek Cruise chcący jak najlepiej dla świata; jak najwięcej we wspomnianej akcji, jak najszybciej, jak najgoręcej i wystrzałowo. Przypadłością i wadą aktorstwa Toma Cruisa jest to, że generalnie w prawie całym „swoim” kinie gra on samego siebie… Mam wrażenie, że  – niestety – aktorsko Tom oddala się od wizji artystycznych, a wybiera wyścigi motocyklowe z rodzaju: „MISSION: IMPOSSIBLE – FALLOUT” z pełną świadomością zalet i wad takiego wyboru i jest to już jego STAŁA wyborów… Jestem właśnie dość świeżo po obejrzeniu innego filmu sensacyjnego z Tomem: ” Jack Reacher: Jednym Strzałem”, który to okazał się dobrą rozrywką, ale – jak napisałem – zawiódł… bo właśnie znów Tom Cruise zagrał samego siebie; czyli efektownego przystojniaka, któremu zawsze WSZYSTKO lub prawie wszystko OSTATECZNIE SIĘ UDAJE – uroczo się uśmiecha, hipnotyzuje spojrzeniem, umie obsługiwać każdy karabinek i pojazd na tym świecie, umie rzeczy trudne, niesamowite i niewiarygodne – od skoków spadochronowych z biurowca do skoku „z prawie Kosmosu”…

*  *  *

Tom… aktor, akrobata, kaskader. Cwaniak. Zawsze wszystko mu wychodzi najlepiej, jak tylko można. Komandos. MacGyver i Adam Słodowy w jednym. Trochę Rambo, trochę Babinicz, (trochę też Kmicic) i James Bond – razem wzięci. Ale mam wrażenie, że wygibasy i czarne, farbowane włosy bez siwizny Toma mogą już na dłuższą metę z wolna zaczynać drażnić. Mnie zaczynają.

.

Tęsknię za popisami aktorskimi Toma znanymi z: „Walkirii”, „Vanilli Sky”, „Firmy”, „Ludzi Honoru”, „Ostatniego Samuraja” oraz z wizyjnego i halucynogennego filmu: „Oczy Szeroko Zamknięte”. Tęsknię za świeżością – roli / ról – pokazaną widzom w filmach jak: „Top Gun”, „Firma”, „Jerry Maguire”, „Wywiad z Wampirem” i również znaną ze świetnego i dwuznacznego obrazu: „Ostatni Samuraj”.

*  *  *

Tom jest człowiekiem, mężczyzną atletycznym, pracowitym, upartym, rozwijającym się jako człowiek na wielu płaszczyznach; jednak mam wrażenie, że artystycznie spoczął nieco na laurach albo dokonuje świadomie specyficznych aktorsko wyborów. Zdecydowanie poprzez serię: ‚Mission…’ staje się coraz bardziej negatywnie szablonowym i patetycznym Jamesem Bondem kina masowego i to Jamesem bez sławetnego przymrużenia oka znanego z oryginału w wykonaniu Rogera Moora.

Tom Cruise świadomie zubaża się jako aktor i są to wyraźnie komercyjne wybory tego człowieka, który podejmuje role łatwe. raczej nie zobaczymy już Toma w filmach bardzo ambitnych, intrygujących, zadziwiających. Tom stał się zaprzeczeniem innej gwiazdy: Keanu Reevesa, którego wraz z rozwojem kariery artystycznej możemy zobaczyć w rolach coraz, coraz trudniejszych niż „na Fali”, „Youngblood”, „Reakcja Łańcuchowa”, czy „Speed: Niebezpieczna Prędkość”. Nie zobaczymy Toma w pozornie zwyczajnych scenach jak Keanu – w przysłowiowych skarpetkach. Keanu ma odwagę ryzykować jako artysta, ma mocniejszą duszę filmową, duszę prawdziwego filmowca. Kean ma dużą odwagę eksperymentować jako aktor (i nie tylko aktor). A Tom nie. Przynajmniej; już nie…

*  *  *

Pod względem komercyjnej rozrywki, pod względem pokazywania widzowi akcji; film: „Mission: Impossible – Fallout” jest niezwykle dobrą sensacją na najwyższym poziomie rozrywki w tym obrębie gatunkowym. (Ale – niestety – i tylko w tym obrębie.)

.  .  .

Tom dosłownie przytłacza widownię swoimi ambicjami kaskaderskimi i tężyzną fizyczną. Jego sprawność pod tym względem zawsze robiła i robi wrażenie. Prawdopodobnie tanie intrygi ukazane w serii: „Mission…” totalniacko opatrzyły się widzowi, ale i konsekwentnie zbrataliśmy się z nimi i zżyliśmy jak z codziennie zjadanymi śniadaniami. Natomiast po upływie tylu lat od pierwszego „Mission Impossible” (od cz. 1) – Tom Cruise znów zaskoczył mnie swoją energią, wigorem, popisami, a raczej wyczynami kaskaderskimi. To – trzeba przyznać – robi niesamowite wrażenie.

Sprawdzona komercyjnie główna oś fabuły jest już jakby podana nam od niechcenia, na luzie;

mamy tu szablonowych, starych wrogów, trochę pracy wywiadowczej, trochę niby emocji i rozterek głównego bohatera – który w całej serii ukazany jest jako niezwyczajny agent – bardzo czarno-białe widzenie świata (i kina). Mimo tego i całej krytyki; jaką można wysunąć; bardzo dobrze bawiłem się na kolejnej odsłonie „Misji Niemożliwe”. Mamy tu powroty do sprawdzonych kalek akcji i postaci, sprawdzanie ostatecznej skuteczności nadwrażliwego – jak na agenta – Ethana Hunta, niesamowite sekwencje akcji, różnorodność postaci – twarze nowe i stare.

.

Co ciekawe – i co jest wielką zaletą udanej sensacji z serii – możemy obejrzeć tę część jako kontynuację; jako również niezależny film; i możemy także obejrzeć wszystkie części w dokładnie odwróconej kolejności – co zapewni ciekawą zabawę. To małe odkrycie serdecznie polecam jako eksperyment filmowy dla nieco zwariowanych kino-maniaków.

Jednak osobom, które znają nieźle całą serię i lubią się bawić na tych filmach, polecam powtórzyć sobie dobry: „Mission: Impossible – Rogue Nation” i następnie przejść do aktualnej i bardzo dobrej w obrębie gatunku części: „Mission: Impossible – Fallout”. Zabawa będzie jeszcze lepsza i jakby… dynamiczniejsza. Jeszcze bardziej.

*  *  *

Aktorsko, oczywiście, „M.I. – Fallout” nie powala. Znajdziemy tu wcielenia lepszych aktorów (np. znakomita i doświadczona: Angela Bassett), utalentowanego i za mało wykorzystanego w kinie: Irvinga Ramesesa – pamiętnego Marsellusa Wallace ‚a z „Pulp Fiction” Quentina Tarantino, jednakże też aktorów – moim zdaniem – dość słabych jak Alec Baldwin, którego „aktorstwa” – prostego i banalnego, często zbyt przerysowanego – osobiście bardzo nie lubię (pomimo jego niezwyczajnej jak na mężczyznę urody) oraz aktorów średnich i miernych (jak np. Velibor Topić).

*  *  *

W filmie tym wystąpiło dużo aktorów, znajdziemy sporo ciekawych lokacji, interesujących kadrów ludzi i plenerów w tle. Charakterystycznych dla niektórych części ujęć zamkniętych lokacji z ludźmi, a lśniącymi i złocącymi się jakby podłogami i ścianami.

*  *  *

Jeśli chodzi o sceniczne nawiązania do innych odsłon serii: „M.I.”; to znajdziemy tutaj niemalże wszystko – i wszystko to jest niemalże genialnie nakręcone, jeśli idzie o zakres kina sensacyjnego – znajdziemy tu:

– słynne już i bardzo szybkie „przejażdżki” Ethana Hunta motorem

– bójki pseudo-karate i pseudo-kung-fu

– dobre i mocne – wysokiej klasy samochody osobowe w dynamicznych scenach (jest doprawdy kilka niesamowitych ujęć)

– niezwykle duże wysokości

– pogonie

– strzelaniny (ukazane jakby spokojnie, z dobrą rutyną, niechaotycznie – za co należy pochwalić robotę reżyserską i całej ekipy filmu)

– zwroty akcji

– helikoptery (które jak widać są lubiane przez twórców poszczególnych filmów)

– fajne giwery

– co ciekawe – modne, ładne, oryginalne i elegancje stroje (dbałość o takie i inne szczegóły w miły sposób nawiązuje do dbałości w „starym” kinie)

– biegającego – niczym Mel Gibson z „Zabójczej Broni” – i skaczącego Toma Cruisa

– podziemne korytarze

– Wieżę Eiffla

– karabiny, lekkie karabinki, karabiny i jeszcze raz: karabiny

– szerokie plenery

– opancerzone pojazdy oraz nieopancerzone, ale sprawiające takie wrażenie: klawe terenówki

– wybuchy – i wszelkiego rodzaju bardzo profesjonalne efekty specjalne oraz efekty dźwiękowe (niezwykle dobry dźwięk cyfrowy i bardzo szerokie pole doznań audio 3D {kino oraz mające określone możliwości dźwiękowe niektóre tzw. ‚kina domowe’})

– skały (wysokie góry i ich piękne zdjęcia)

– nieco niepokojące rozbryzgi wody

– trochę zamyślonego Toma w kilku ciekawych scenach, gdy udaje, że potrafi zrobić w tym filmie natchnioną i przy tym intelektualną minę

– misję niemożliwą i nieśmiertelnego Toma, którego nie da się „zedrzeć” żadnymi sposobami

– całkiem ładną dziewczynę

– klasyczne w wyglądzie BMW

– czaderskie stroje motocyklowe i spadochronowe

– wielki samolot na wielkiej wysokości

– oraz mnóstwo, mnóstwo innych elementów (jak widać, to bogactwo filmowe, zachęca.)!

*  *  *

Najbardziej mogę pochwalić „M.I. – F.” za znakomite kadry, operowanie kamerą, obalenie mitu, że daleka część sprawdzonej serii będzie już nudna, za fajne nawiązania do starszych filmów i wysoce atrakcyjną akcję.

Jeśli kogoś interesuje bardzo, bardzo dobry film – nieartystyczny zupełnie – w obrębie gatunkowym – serdecznie polecam szybko udać się na seans kinowy. To najmocniejsza, najdynamiczniejsza (a przy tym wcale nieprzesadzona dla widza wychowanego już na nowożytnym kinie) i pod tym względem utrzymująca zarówno konwencje nowszych części, co starej jedynki i dwójki.

*  *  *

Według mnie to najlepsza – po „Mission Impossible 2” i najpełniejsza w obrębie gatunku – część serii i jeden z najlepszych filmów dobrej akcji, na jaki w obecnych czasach możemy się udać na całym świecie. To znakomity moment, by zamknąć w udany sposób cały cykl ratowania świata poprzez niemożliwe wręcz do wykonania misje wykonane przez bardzo sprawnego Toma. I tu moje ciche i maleńkie życzenie: oby kolejna część niesamowitych przygód… już nie powstała.

Zasłużona ocena ogólna: 7 punktów (w 10-st. skali, a w obrębie gatunku: 10/10 pkt.); polecam – prawie – wszystkim wielbicielom i znawcom kina. 😉

misja-okladka

 

Tytuł: Mission: Impossible – Fallout

Autor: Christopher McQuarrie

Kategoria: Sensacyjny

Data wydania: 10 sierpnia 2018 (Polska) 12 lipca 2018 (świat)

Produkcja: USA

Czas trwania: 2 godz. 27 min

Ocena:

Autor: Maciej Markisz

02.09.2018