„Klucz” – Mitra

Kategoria:

Klucz do zrozumienia twórczości Mitry pilnie poszukiwany”

Wydawać by się mogło, że łatwiej jest recenzować płytę, której gatunek nas interesuje. Nic bardziej mylnego! Gdy stanęło przede mną zadanie ocenienia krążka folk rockowego Klucz zespołu Mitra, pomyślałam, że będzie to dla mnie ciekawe wyzwanie, wręcz muzyczna podróż. Jeśli „młode kocięta polskiej sceny muzycznej”, jak same o sobie mówią, a więc fenomenalny i niezwykle świeży zespół Lor, nazywają się wykonawcą folkowym, a klasyk polskiej sceny muzycznej w postaci zespołu Dżem klasyfikowany jest jako rockowy, cóż mogłoby pójść nie tak w tym połączeniu? Inteligentne teksty poparte świetną linią muzyczną w wykonaniu gitarzystów brzmią wprost idealnie, przynajmniej dla mojego ucha. Okazuje się jednak, że nie w każdym przypadku, a już na pewno nie w najnowszej płycie zespołu Mitra.

mitra-kluczJeśli okaże się, że symbioza między dwoma przedstawionymi przeze mnie gatunkami jest niemożliwa, otrzymamy zupełnie inną definicję folk rocku, którym mianują się autorzy płyty. Przyjmując, że poetyckie teksty nie wpisują się w muzykę rozrywkową, do której z pewnością aspirują mniej ambitne z zespołów prezentujących repertuar w kanonach tego gatunku, głównym założeniem zespołów folk rockowych powinien być porywający do tańca rytm, z którym w przypadku Mitry również mam problem. Choć grupa muzyczna chełpi się wykorzystaniem instrumentów dętych, nie jest to precedensem w tym nurcie, a wręcz normą. Mówiąc kolokwialnie, co absolutnie wpasowuje się w wydźwięk płyty Mitry, linia melodyczna nie porwałaby mnie do tańca nawet na mocno zakrapianym weselu, na którym, jak wiadomo, tańczy się do wszystkiego. Jeśli chodzi zaś o warstwę tekstową, parokrotnie próbowałam się do niej przekonać, wmawiając sobie, że nastrój, zbyt dobry lub przesadnie depresyjny, przeszkadza mi w należytym odbiorze tego, co autor miał na myśli. Po parokrotnym przesłuchaniu recenzowanej płyty, wielu godzinach doszukiwania się porównań i zawiłych metafor, najzwyczajniej w świecie się poddałam – najwyraźniej twórca tekstów przyjął zasadę minimalizmu. Szkoda tylko, że mimo powtórnego użycia zwrotu „Dla Ciebie… ” na początku jednej z piosenek, a więc jawnego nawiązania do Myslovitz Artura Rojka, autor ewidentnie nie posiadł umiejętności tworzenia sztuki prozaicznoscią słów. Jego teksty pozostały nie tyle prozą codzienności, co jej banalnością. Jako miłośnik poezji wielokrotnie przesłuchuję piosenkę, zanim ostatecznie stwierdzę, że forma autora przerosła jego treść – w tej kwestii nie poddaję się łatwo, a jednak trzecie przesłuchanie owej płyty potwierdziło jej obnażone wcześniej wady. Nastawiony na masowy odbiór tekst nie niesie za sobą żadnej wartości, zarówno merytorycznej, jak i artystycznej, co chyba było dla mnie największym rozczarowaniem. Choć wokalista w jednej z piosenek szumnie śpiewał „zatrzymaj mnie, nie pozwól odejść, to takie proste”, w moim przypadku z pewnością poniósłby porażkę – w tej płycie nie było niemal nic, co mogłoby mnie zatrzymać przy włączonym głośniku. Jedyna nadzieja Mitry leży w tym, że niektórzy, w przeciwieństwie do mnie, czasem potrzebują pustej rozrywki i „muzyki do kieliszka”. Moja rada dla potencjalnych słuchaczy: jeśli jesteście w posiadaniu tejże płyty, zanieście ją do pokoju, zamknijcie na Klucz i nigdy więcej tam nie wchodźcie.

Magda Kwaśniok

Autor: redakcja

03.09.2017