Teyana-Taylor-KTSE

„K.T.S.E.” – Teyany Taylor

Kategoria:

Kanye’go Westa nazwać można nieszkodliwym dziwakiem, zapatrzonym w siebie facetem lub osobą, która dawno straciła kontakt z rzeczywistością. Z drugiej jednak strony ten sam człowiek od lat zmienia oblicze czarnej muzyki będąc nie tylko dobrym raperem, ale przede wszystkim producentem, który zna się na swojej robocie jak mało kto. A także jest skłonny poświęcać swój czas innym artystom. Produkował już m.in. dla Madonny, Johna Legenda i Christiny Aguilery. W 2018 roku ożywił karierę Teyany Taylor.

Amerykańska wokalistka jest osobą, która w życiu chwytała się już wielu zajęć. Chodziła po wybiegu, występowała w filmach, pojawiała się w teledyskach (to ona tańczy w znakomitym “Fade” Westa!), pisała dla innych wykonawców, śpiewała w chórkach. Przed czterema laty zadebiutowała krążkiem “VII”, ale dopiero tegoroczne wydawnictwo “K.T.S.E.” sprawiło, że usłyszało o niej większe grono melomanów.

Teyana-Taylor-KTSERozpoczęcie płyty jest rewelacyjne. Minimalistyczne, oparte na dźwiękach skrzypiec i fortepianu “No Manners” zawiera znakomicie wykorzystane (spowolnione i znacznie zmodyfikowane) fragmenty “Love Where Are You Hiding” wokalnej grupy The Elgins. Szkoda tylko, że utwór sprawia wrażenie niedokończonego. Półtora minutowy kawałek narobił mi apetytu. Na szczęście kolejna piosenka, jaką jest “Gonna Love Me”, nie zwiastuje spadku formy. Kompozycja jest uroczym, romantycznym nagraniem, w którym lekko zachrypnięty wokal Taylor przypomina o Alicii Keys. Teyana zabiera nas w nim do końcówki lat 90., by w następującym po nim ciepłym, delikatnym “Issues / Hold On” cofnąć się w czasie jeszcze dalej i wylądować w latach 60. Pozostałe utwory brzmią nowocześniej. Na uwagę szczególnie zasługuje podchodzące pod hip hop, wykonywane przez Teyanę z nutką złości w głosie “Rose in Harlem”, które traktuje o zmaganiu się z przeciwnościami losu. Do lepszych punktów niedługiego albumu należą również soulujące, wyposażone o ledwo zauważalną melodię “3Way” oraz relaksujące, sensualne “Hurry”. Mniej podoba mi się końcówka “K.T.S.E.”, która skrywa imprezowe, niepasujące do reszty “WTP” oraz poprawne “Never Would Have Made It”, do którego ni stąd ni zowąd dodano gospelowy mostek.

“VII”, poprzednia płyta Teyany Taylor, była po prostu poprawnym, kobiecym wydawnictwem spod szyldu “pościelowe r&b”. W kontekście takiej muzyki lubię używać określenia “ładna”. Ale, jak wiadomo, nie wszystko co ładne jest zaraz interesujące. Kanye West wiele od siebie dał twórczości Amerykanki. Chwilami odnieść można wrażenie, że chyba za wiele. Podobnie jak na własnych albumach, tak i na “K.T.S.E.” ogarnął temat wielu sampli, wśród których dzielnie odnaleźć się próbowała Taylor. Z całkiem dobrym skutkiem. Jej powrotna płyta wypada ciekawiej i mniej banalnie na tle świeżych wydawnictw innych wokalistek z nurtu r&b.

zuzanna.janicka

Autor: redakcja

09.09.2018