Bogowie.

Wieczni i potężni. Odważni i decyzyjni. W zależności od kultury śmiertelni lub nie. Z reguły gniewni, butni i dumni, choć zdarzały się przypadki pokorne. Czasem pełni słabości i wad, cech w sumie bez znaczenia w obliczu ich możliwości. Kreatorzy i niszczyciele.

Z bogami jest trochę jak z kurą.
Co było pierwsze? Jajko czy kura? Człowiek, czy różnie nazywana siła mocno wyższa?
Bóg stworzył człowieka na swoje podobieństwo, czy człowiek wymyślił boga, żeby mieć na kogo zrzucać konsekwencje własnych czynów, decyzji, ewentualnych zbiegów okoliczności?
Idąc dalej: ile z człowieka jest w danym bogu i czy człowiek może stać się bogiem?

Nie, to nie będzie obrazoburczy tekst pseudoteologiczny. To będzie recenzja „Bogów” Łukasza Palkowskiego. Chociaż w sumie to nie będzie recenzja. To będzie pean!
Przez prawie dwie godziny oglądałam dzieło absolutnie genialne! Nie „jak na polskie warunki”, ale jak na warunki europejskie! Czemu nie światowe? Pod „światowe” podchodziłaby również kinematografia amerykańska, a ta jakoś nie stanowi dla mnie wyznacznika. Chociaż…
Gdyby film ów nakręcono w USA, Kot za kreację Religi najprawdopodobniej miałby już zapewnionego Oscara.

„Bogowie” rządzą! „Bogowie” wymiatają! „Bogowie” nie mają konkurencji!

Na jakimkolwiek poziomie!
Doskonałe zdjęcia (Sobociński(scy) to już nie nazwisko, to marka pokoleń) i montaż; idealnie dobrana ścieżka dźwiękowa; drobiazgowa dbałość o każdy szczegół scenografii, błyskotliwy scenariusz napisany bez patosu, za to dowcipnie i bez luk (Krzysztof Rak – zapamiętajmy to nazwisko!). Gra aktorów tak genialna, że brakuje punktów w skali ogólnej, a dla Tomasza Kota w tej szczególności. Taki aktorski odpowiednik najlepszego spektaklu Baletu Bolszoj z przygarbionym dryblasem jako primabaleriną!
…gdybyście nie zauważyli, superlatywy zaczęłam wymieniać od końca!

Widziałam wiele filmów biograficznych. Opowieści o facetach genialnych i upartych, acz jednocześnie mocno niedoskonałych; mężczyznach upadających, ale się niepoddających; jednostkach potrafiących zmienić historię… Widziałam takich filmów całe mnóstwo!
Czemu akurat opowieść o docencie, który wpisał się w historię medycyny polskiej i (już nie zawaham się użyć) światowej, wbiła mnie w fotel?
Bo szczerze i wiarygodnie opowiada o człowieku, który uwierzył, że jest w stanie pokonać śmierć. Który uparcie walczył ze wszystkimi przeciwnościami, aby udowodnić swoją wiedzę i moc. Który w końcu tę śmierć okiełznał i nauczał innych, jak mają to czynić na jego podobieństwo. Tak właśnie rodzą się legendy. Tak rodzą się bogowie.

Panie i Panowie!
Czapki z głów! I do kina!
Na moją odpowiedzialność!

bogowie-recenzja-filmu

 

Dodaj komentarz