zazyjkultury-recenzja

„Drań z Manhattanu” – Vi Keeland, Penelope Ward

Kategoria:

Opis wydawcy:  On miał wiele twarzy. Ona pokochała je wszystkie.

Bogaty finansista z wysokim mniemaniem o sobie na pewno nie jest dobrym kandydatem na chłopaka dla nieprzebierającej w słowach Włoszki. Soraya Venedetta doskonale zdawała sobie z tego sprawę, ale przecież nic nie stało na przeszkodzie, by choć trochę o nim pofantazjować, prawda? Przystojniak, którego dziewczyna zauważyła w metrze, był zadbany i starannie ubrany, ale poza tym sprawiał wrażenie okropnego bufona. Być może Soraya po jakimś czasie dałaby sobie spokój z mrzonkami, gdyby przypadkowo nie znalazła jego zgubionej komórki. A jako, że była dobrze wychowana (przynajmniej tak o sobie myślała), postanowiła zwrócić zgubę. Bardzo szybko okazało się jednak, że piękny drań nie docenił tego gestu.

Graham J. Morgan nie ma jeszcze 30 lat, ale jest już uznanym biznesmenem, a jego firma świetnie prosperuje. Mężczyzna skupia się głównie na pracy i nie ma czasu na życie prywatne, woli zadowalać się przelotnymi romansami. Wszystko jednak się zmienia, gdy znajduje w swojej komórce zdjęcia pięknej nieznajomej. Widać na nich głęboki dekolt, śliczne nogi i niezwykle krągłą pupę. A potem okazuje się, że dziewczyna ma także długie lśniące włosy i piękną twarz. No i mówi to, co myśli – a to Grahama pociąga w niej chyba najbardziej. Tylko czy Soraya da się uwieść?

Tych dwoje dzieli niemal wszystko, ale łączy dzika namiętność i prawdziwe uczucie. Czy ich dwa różne światy połączą się w jeden wspólny?

Bardzo lubię książki Vi Keeland, więc z przyjemnością sięgnęłam i po tę, zastanawiając się przy tym, jak udał się ten duet z Penelope Ward. Mogę już na początku Wam powiedzieć, że całkiem nieźle wyszła paniom ta historia. ;)

Początek jednak nie był ciasteczkiem malinowym, którym delektowałabym się z przyjemnością. Niestety, wydawało się, że raczej będzie to dosyć nudna lektura i mało zaskakująca. Lecz, po przebrnięciu przez pierwsze strony, powoli akcja zaczęła się rozkręcać i zyskiwać w moich oczach poprzez kilka ciekawych rozwiązań zastosowanych przez autorki.

Fabuła napisana została zarówno z punktu widzenia Grahama Morgana, jak i Sorayi Venedetty. Dzięki temu możemy śledzić ich losy z obydwu stron, co przyznaję bez szemrania, że bardzo lubię. Również narracja pierwszoosobowa mi nie przeszkadzała, co niekiedy niestety sprawia, że lektura staje się bardziej udręką niż przyjemnością. Tu, na szczęście była tym drugim.

Historia przedstawia losy dwójki, całkowicie odmiennych ludzi, którzy poznają się poprzez zgubiony telefon przez jedno z nich. Pewnego dnia bowiem, jadąc do pracy metrem, Soraya dostrzega eleganckiego mężczyznę, który objawia wredny charakterek podczas prowadzonej przez niego rozmowy telefonicznej. Wybiegając pośpiesznie z pojazdu na swojej stacji, nie zauważa, że zostawił po sobie ślad w postaci telefonu. Soraya postanawia temu draniowi, jak go określa, oddać zgubę, choć nie od razu. Jest z natury ciekawską osóbką, więc sprawdza zawartość przedmiotu, który ukazuje sprzeczne informacje o jego właścicielu. Tym bardziej, zaciekawiona nim postanawia w końcu osobiście przekazać zgubę. Gdy mężczyzna w dość bezpośredni sposób oznajmia, że nie ma dla niej czasu, Soraya pozostawia telefon zafrapowanej recepcjonistce wraz z intrygującą wiadomością dla jego właściciela. Tak, by zapamiętał sobie, że ma czego żałować. :)

Cóż można powiedzieć o samych bohaterach? Są odmienni, to z całą pewnością, a jednocześnie wydają się do siebie idealnie pasować poprzez wzajemne uzupełnienie. Soraya jest temperamentną Włoszką, która mówi to co myśli, nie owijając w bawełnę. Pracuje w dziale porad „Zapytaj Idę”, gdzie stara się dawać rady czytelnikom, na temat przesyłanych przez nich pytań odnośnie swoich rozterek i bolączek życiowych. Cóż, może trafniej będzie powiedzieć, że udziela porad sporadycznie, gdy jej szefowa łaskawie wyda na to swoją zgodę. Z uwagi na bardzo otwarte i szczere odpowiedzi Sorayi, nieczęsto to się jednak zdarza. Kobieta uważa bowiem, że szkoda czasu na łgarstwa. Jeśli coś chce powiedzieć, po prostu to robi.

Kobieta podbiła moje serce swoją barwnością, zarówno co do wyglądu, jak i charakteru. Wyszczekana, bezpośrednia, szczera i jednocześnie obawiająca się otworzyć swoje serce — tak mogłabym ją w skrócie podsumować. Zmiany swoich emocji przejawiała poprzez ufarbowane końcówki włosów, co niekiedy stanowiło ostrzeżenie dla jej otoczenia. Czasami w książce wyraźnie objawiała się jej niepewność co do tego, że ona również zasługuje na miłość i szczęście, tak jak każdy inny.

„Naprawdę z całego serca chciałam z ufnością patrzeć na to, co się między nami rodziło, ale mimo wszystko jakaś część mnie wciąż kazała mi trzymać dystans. On jednak był taki pewny i tak całkowicie pozbawiony obaw, że jego spokój koił moje nerwy. Nienawidziłam tej słabej i strachliwej istoty, jaką w sobie nosiłam. Chyba przyszedł czas, abym spróbowała się jej pozbyć.”

Graham z kolei trzyma wszystkich wokół na dystans i nie przejmuje się, że przy okazji nie liczenia się z innymi ludźmi, może ich skrzywdzić. Zbudował wokół siebie mur, którego dotąd nikt nie zdołał naruszyć. Liczy się dla niego tylko praca, babcia i pies Blackie. Tylko przy babci Lil staje się „miękką kluchą”. Jest to przy okazji kolejna kobieta w tej książce, która mnie urzekła swoją siłą, a także oddaniem i miłością do wnuka, dla którego pragnie wszystkiego co najlepsze, nie zamykając przy tym oczu na jego wady.

„— Nie bój się zranienia. Lepiej wzbić się w niebo i upaść, niż nigdy nie poczuć, jak ziemia usuwa ci się spod nóg. Nawet chwilowa radość jest lepsza niż całkowity jej brak. Boisz się zranienia tak, jak ja boję się śmierci. Ale pomimo strachu zamierzam przeżyć w pełni każdy dzień, jaki mi został.”

Mężczyzna, jakoś od samego początku, pomimo swojego chamstwa — co tu dużo kryć takiego go poznajemy — czymś mnie ujął. Przede wszystkim powolnym zdobywaniem względów Sorayi, choć równie dobrze mógł dać sobie spokój i ruszyć na połów w innym stawie. Również wyjaśnienia, które otrzymujemy odnośnie tego, co takiego uczyniło go twardym i niedostępnym dla innych spowodowało, że moje serce zmiękło dla Grahama jeszcze bardziej.

Jak to zwykle bywa, tak w życiu, a szczególnie w książkach, pojawiają się w fabule problemy, z którymi bohaterowie muszą się zmierzyć. A jest ich całkiem sporo, jak na jednotomową pozycję. Wszystko jednak zostaje czytelnikowi wyjaśnione i nie pozostawia się nierozwiązanych wątków.

Choć Graham całkiem szybko dochodzi do wniosku, że z temperamentną włoszką może połączyć go głębsze uczucie, o tyle Soraya dosyć długo trzyma biednego pana „Celibat z Manhattanu” w niepewności. Nie pomaga z pewnością fakt, że niczym koszmar z którego nie można się obudzić, do życia Grahama wkracza ponownie jego dawna narzeczona wraz z niespodziankami, które spowodują spory zamęt u naszych bohaterów. Świeży związek zostaje zatem wystawiony na poważną próbę. Czy Grahamowi i Sorayi uda się pokonać przeciwności losu i pogodzić z przeszłością, która oboje prześladuje? Tego musicie się dowiedzieć sami sięgając po tę lekturę. ;)

„(…) Gdy się odwróciłam i spojrzałam na niego, dotknął czołem mojego czoła i szepnął: — Będę czekał tak długo, jak będziesz chciała. Nigdzie się nie wybieram.”

Oboje, zarówno Soraya jak i Graham, są doświadczeni przez życie, co odbija się na ich teraźniejszości i decyzjach jakie podejmują. Autorki pokazują poprzez tę historię, że to, co wydarzyło się w naszym życiu może mieć na nas zgubny wpływ tylko wtedy, gdy na to sami pozwolimy.

„Ujęła dłońmi moją twarz i powiedziała: — Jesteś niesamowity. Będę szczęśliwa, jadąc z tobą dokądkolwiek. — Lecz gdy to mówiła, na jej twarzy nie było widać uśmiechu.”

W każdym bądź razie, perypetie tych dwojga szczerze mnie ubawiły, szczególnie w początkowych fazach ich znajomości, choć przez całość książki przejawiał się „przedmiot” przez który się poznali, a który wprawiał mnie niezmiennie w rozbawienie. Ich esemesowe gierki oraz zabawne teksty pisane poprzez dział „Zapytaj Idę” były ciekawym zabiegiem dokonanym przez autorki, który się idealnie w tej pozycji sprawdził. Także doskonale wykreowane postaci, które różni prawie wszystko, a jednocześnie wydają się jakby byli wzajemnie dla siebie stworzeni powoduje, że z chęcią śledzi się ich losy. Ja z przyjemnością przyglądałam się zmianom, jakim ulegali bohaterowie. To w jaki sposób się otwierali na nowe możliwości. Ich zabawnym potyczkom i grze, która oboje czegoś nauczyła.

Podsumowując, w książce pojawia się kilka zwrotów akcji, które nadały jej tempa i pozwoliły zerknąć głębiej w życie zarówno Grahama, jak i Sorayi. Choć początek mnie nie kupił, to już cała reszta jak najbardziej tak. „Drań z Manhattanu” jest pozycją zabawną, romantyczną, jednocześnie dającą do myślenia co do tego, czym właściwie jest rodzina, szczęście i jak wiele w związku dwojga ludzi znaczy szczerość. Autorki pokazały jak istotna jest wzajemna rozmowa i podejmowanie wspólnie decyzji, bowiem nie zawsze to, co nam się wydaje dobre dla drugiej osoby, faktycznie takie jest.

Czy warto zatem przeczytać tę pozycję? Stanowczo tak, gdyż pomimo tytułu zwiastującego typowe romansidło, ta książka zawiera w sobie znacznie więcej, niż tylko seksownego faceta i piękną kobietę z romansem jako głównym wątkiem. ;) Historia Sorayi i Grahama jest jednocześnie seksowna, zabawna i wzruszająca. Myślę, że wiele czytelniczek przyjemnie spędzi przy tej lekturze czas.

Za możliwość przeczytania książki, bardzo dziękuję Wydawnictwu Helion (seria Editiored).

Lilianna Garden

 dran

Tytuł: Drań z Manhattanu

Autor: Vi Keeland, Penelope Ward

Kategoria: Literatura obyczajowa i romans

Wydawnictwo: Editio

Liczba stron: 330

Autor: redakcja

15.09.2018