„Aquaman” (2018) – reż. James Wan

Kategoria:

Minęło kilka tygodni od mojego pierwszego spotkania z Aquamanem i kilka dni od drugiego, no i szczerze mówiąc muszę powiedzieć, że przy powtórnym podejściu film Jamesa Wana znacznie zyskuje. Nie wiem czym to jest spowodowane. Może podskórnym lękiem i uprzedzeniem, które towarzyszyły mi za pierwszym razem, może to wina poprzednich filmów, przez które tylko czekałem aż jeden z bohaterów w akompaniamencie podniosły chórów i trąb wygłosi monolog o bólu egzystencjalnym, a może po prostu za drugim razem wiedziałem już czego się spodziewać i z jakim nastawieniem skonsumować ucztę którą Wan przygotował dla swoich widzów. Zapewne każda z tych rzeczy miała znaczenie, ale nie zmienia to faktu, że reżyserowi udało się zrobić to czego wszyscy od niego oczekiwali – dostarczył nam film który jest rozrywką w najczystszej postaci. Rozrywką dodajmy nie byle jaką, bo pełną bezkompromisowego kiczu, wizualnej kreatywności i przyjemnego kampu, dzięki któremu cieszę się jak dziecko widząc Jasona Mamoa’e ujeżdżającego konika morskiego w swoim pomarańczowo-zielonym wdzianku. Serio. No kto by pomyślał…

Po wielkiej, traumatycznej katastrofie jaką była Liga Sprawiedliwości” Arthur Curry alias Aquaman stwierdził, że ma dość nabzdyczonego Batmana i niestabilnego emocjonalnie Supermena i zaszył się gdzieś w małej rybackiej miejscowości, popijając piwko z ojcem latarnikiem oraz kilkoma skinheadami, starając się – zupełnie jak my widzowie – zapomnieć o bolesnej przeszłości związanej z udziałem w poprzednim fil…., znaczy się starając się nie rzucać zbytnio w oczy. Owszem od czasu do czasu dokonał jednoosobowego abordażu na łodzi podwodnej, ale tak ogólnie raczej trzymał się na uboczu,nie chwaląc się nawet zbytnio nikomu, że należał kiedyś do jakiejś grupy superbohaterów. W sumie to lepiej dla niego…

Wtedy pojawiła się ona. Niegdyś blondynka w wielkim bąbelku, dziś czerwono-ruda piękność imieniem Mera. No i zaczęło się. Wieści są złe. Podobno w Atlantydzie i okolicznych morskich krainach źle się dzieje, społeczeństwo ogólnie niezadowolone, podobno szykuje się dyktatura. Orm – brat Arthura, chce być królem wszystkich królów, wspominał też coś o zemście na ludziach za opony, a na dodatek ruda nie chce się hajtnąć. Tak w wielkim skrócie. Aquaman, czyli – według podań i źródeł – jedyny prawowity następca tronu – potrzebny na gwałt. Tyle że Arthurowi dobrze na uboczu. Lubi swoje życie. Lubi zimne piwo. Nic z tego. Machina ruszyła, a jak ruda się uprze, to nawet tak nieugięty surfer z włosami jak z reklamy szamponu w końcu musi się ugiąć.  Ruszają więc do Atlantydy…

Jak widzicie fabułę Aquamana zupełnie jak w mojej recenzji można potraktować z przymrużeniem oka i odpowiednim dystansem. Fabuła jest, łączy jakoś te punkciki, kreuje pewne wydarzenia, ale z grubsza jest raczej mało istotna. Na pewno nie najważniejsza.

Takich filmów jak Aquaman nie ogląda się bowiem dla fabuły, przemyśleń czy tych momentów po sensie gdy przeczesując filmowe fora doszukujemy się ciekawych interpretacji, kontekstów kulturowych czy nawiązań do twórczości japońskich filozofów z początku XVIII wieku. Nie. Tu chodzi o rozrywkę. Tu chodzi o fun i wizualną orgie kolorów. To zdecydowanie nie jest film dla każdego, a już na pewno nie dla tych, którzy mają do niego inne nastawienie.

Cóż będę się rozpisywał. Mimo całego worka wad i niedociągnięć jakie ten film posiada, ciężko nie docenić pracy Jamesa Wana, któremu udało się odciąć grubą krechą od wszystkiego co proponowały nam poprzednie filmy DC. Powiedziałbym nawet, że reżyser robił wszystko aby Aquaman stanowił ich przeciwieństwo.  Czegoż w tym filmie nie ma… olbrzymie podwodne miasto przy którym Wakanda wygląda jak prowincja Sosnowca, podwodne pojedynki na arenie, atlantydzcy marines w wypasionych skafandrach, olbrzymie koniki morskie, żołnierze na rekinach, jakieś Kajiu rodem z Pacific Rim czy ludzie z płetwami albo zdeformowane chordy rybo-zombie (czy coś takiego). I wiecie co – to wszystko działa.

Aquaman to bowiem film całkowicie samoświadomy. Nie próbujący ani przez chwilę przekonywać widza, że jest czymś innym niż pełną kiczu i kolorków bezwstydną rozrywką, przy której po całym tygodniu ciężkiej harówy możemy po prostu zluzować i dobrze się bawić. James Wan  celowo uderzał w tak kampowe nuty jak tylko się da, i robił to z wyczuciem wychodząc  obroną ręką. Tak – brakuje tu głębszego zarysowania relacji między postaciami,  a romans między Arthurem i Merą wygrany jest niczym w animacjach z księżniczkami Disney’a. Owszem – scenariusz kuleje, ma za dużo wątków, a sceny ekspozycji są bo być muszą, nie wnosząc jednak do filmu nic poza wyjaśnieniem co jest czym, jak coś działa i dlaczego tak a nie inaczej. Do tego antagoniści nie przekonują, a początkowy wątek Nicole Kidman wydaje się trochę przeciągnięty i dopchany na siłę. Tylko co z tego, skoro w ogólnym rozrachunku to wszystko działa.

James Wan po raz kolejny pokazuje swoje gatunkowe wyczucie i wprawną rękę do kręcenia kina akcji. Ten film to nie tylko popis kreatywności i twórczej zabawy reżysera wieloma tropami, gatunkami oraz nawiązaniami do kiczowatych popkulturowych motywów, z których Wan czerpie garściami (jest tu przygodówka al’a Indiana Jones, fantasty jak we „Władcy pierścieni” i sci-fi jak w „Strażnikach Galaktyki” czy „Flashu Gordonie”). Również pod względem technicznym – czy to jeśli chodzi o CGI, czy o ogarnięcie przestrzeni i pracę kamery w licznych sekwencjach akcji – Aquaman udowadnia jego reżyserski kunszt. Mimo ilości ‚akcji w akcji’ w poszczególnych scenach widz bez problemu może się połapać co dzieje się na ekranie. Z kolei przemyślane przechodzenie w ujęciach między bohaterami czy wspomniana praca kamery daje fajną perspektywę i pozwala nadać sekwencją odpowiedniej dynamiki i efekciarstwa.

Aquaman to nie jest zbyt dobry film. W wielu aspektach pozostawia wiele do życzenia, a w innych wydaję się trochę niedopracowany. No ale jak go tu nie docenić skoro dostarcza tyle frajdy. Jak nie podziwiać za to z jaką odwagą i pomysłem odcina się od wszystkiego z czym DC kojarzyło się wcześniej. W końcu jak  go nie lubić skoro wywołuje uśmiech – racja, być może czasem taki z jakim obdarzamy dziecko które ubrudzi się lodem, albo fanów Zacka Snydera którzy piszą petycję o snyder-cut do „Ligi Sprawiedliwości” – ale jednak wciąż uśmiech zamiast bólu głowy i stanów depresyjnych. Aquaman nie jest jak powiew świeżości. To cholerny huragan z kolorowymi piorunami i deszczem skitlles’ów. Brzmi szalenie i absurdalnie, ale mimo iż momentami bywa niebezpiecznie, to sam widok wynagradza wiele.


Aquamen recenzja filmu

Tytuł: "Aquaman"

Autor: James Wan

Kategoria: Akcja/ Sci-FI

Data wydania: 19 grudnia 2018 (Polska) 12 grudnia 2018 (świat)

Produkcja: USA/ Australia

Czas trwania: 2 godz. 23 min.

Autor: Filmoholik

26.01.2019